Kolejne dwa tygodnie przedłużającego się etapu roztrenowania, jeszcze parę i jeszcze jeden. Tak w skrócie można opisać końcówkę tego roku, jeśli chodzi o podtrzymanie czegoś, co generalnie powinno określać się jako wydolność. Zabawa skończyła się gdzieś w okolicy łydek i jesienne zluzowanie podzespołów było sprawą konieczną. Nałożyło się to również dość naturalnie, na spory zakres działań zawodowych i większość treningów, to niczym szczególnym nie powiązane ze sobą chaotyczne jednostki...

Większość z nas, amatorów biegania i triathlonu planuje. Ja również. Pikanterii całej sytuacji, dodaje lekkie wariatkowo jeśli chodzi o niektóre zawody, a dokładniej kończące się pół roku lub wcześniej miejsca startowe. Nie bez znaczenia jest też często dość drastycznie rosnący koszt wpisowego. Kilka razy sam stałem po drugiej stronie organizacyjnej barykady i choć akurat popieram to rozwiązanie, wiąże się ono jednak z koniecznością zamurowania na dość sztywno kalendarza nadchodzących zdarzeń. Ma to zarówno zalety jak i wady, w moim konkretnym przypadku działa dość mobilizująco, co pozytywnie wpływa na sprawną organizację czasu.

Większość przyszłego sezonu pozostanę nadal przy triathlonie, ograniczając jednak lekko dystans jaki zamierzam ogółem pokonać na zawodach. Dwie już zaklepane ćwiartki, jak uda się zapisać także jedna olimpijka, no i na deser połówka - start docelowy "przybity" magnesem na lodówce. Ma to również co prawda swoje drugie dno, a dokładniej ograniczenie częstotliwości jej otwierania. Gdzieś po drodze pewnie wcisnę też treningowy duathlon, aquathlon, może dwa i nic więcej, choć w parę miejsc na pewno wybiorę się też z aparatem.

W trzech z miejscówek jakie zaplanowałem, jeśli wszystko poukłada się po myśli, będę pierwszy raz. Przynajmniej w sensie startowym. Zawodami, które podświadomie chcę powtórzyć mimo, iż zaklinałem się że będzie inaczej jest GIT Elbląg. Ciężka tego dnia woda i bieg, który kompletnie rozsypał mi podzespoły nie tylko podwozia, zdecydowanie domagają się rewanżu. El-Aktywni przyjaciele również, a rannych na polu walki podobno się nie zostawia...

W tym roku z pewnego dystansu, przyglądałem się również przyjaciołom mierzącym swoje siły na królewskim dystansie. Gdzieś podświadomie maraton, który pokonałem już kilkunastokrotnie przyciąga na start jak magnes. Emocje jakie towarzyszą tym zawodom i magia tego biegu są nie do podrobienia, szczególnie jeśli miejsce jest genialne. Maraton ma w sobie coś niesamowitego, nienamacalną esencje pokonania barier i ograniczeń, jakie niejednokrotnie stawia nam nasze własne ciało i umysł. To jedne z zawodów, które pamięta się nie tylko następnego dnia schodząc tyłem po schodach, ale również dużo później.

Dużo bardziej od żmudnej maratońskiej pracy, leży mi jak wspomniałem wcześniej trening stricte triathlonowy. I to właśnie z jego w sumie sporej objętości, wykorzystując również kilka tygodni po tri-sportowej połówce, chcę pobiec królewski dystans na zakończenie przyszłego sezonu. Luźno, równo i spokojnie w miejscu, które odwiedzę pierwszy raz w życiu, a największym dla mnie wyzwaniem będzie... dotarcie do miasta zawodów :) Wtajemniczeni wiedzą o czym piszę, dlatego na razie pozostawię to bez komentarza... :)

 

Stawianie sobie celów i ich realizacja to motor napędowy tego świata. Każdy z nas ma swoje marzenia, plany i pomysły na życie, niewielu natomiast ma odwagę je realizować. Kiedy dziesięć lat temu udało mi się zasznurować buty i przetruchtać z przerwami kilkanaście minut, nie wiedziałem, że tak prosta decyzja może zmienić życie. Nie tylko jego jakość, ale również sposób działania jaki będzie rzutował na jego całokształt. Podróż trwa, a meta zweryfikuje wszystko...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem