Start w Przechlewie, to ostatni element układanki wyzwania o kryptonimie taktycznym "czterdzieści rękawic". Start, który z założenia miał zamknąć sezon i dać mi odpowiedź na dalsze ukierunkowanie sportowej pasji. Dał mi więcej niż się spodziewałem. Stał się krystalicznym obrazem rzeczywistości, miejsca w którym jestem i wielkości szufladki, jaką wypełnia w życiu sport. Stał się też doskonałą lekcją pokory...

Nocna pobudka, lekkie śniadanie i dwie godzinny z hakiem poprzez mrok i przebijające się promienie budzącego dnia wśród gąszczu kaszubskich fotoradarów. Do Przechlewa dotarłem z zapasem czasu, co umożliwiło mi spokojne ogarnięcie biura zawodów oraz płynne wstawienie się do strefy zmian, położonej na wzniesieniu nieopodal akwenu wodnego. Na miejsce zawodów przyjechali także, wesprzeć mnie bezpośrednio przyjaciele z elbląskiej ekipy EL - Aktywnych - Iwona, Tadeusz i Wojtek.

Ogarnięcie się na etap wodny, a w zasadzie na całe zawody rozpocząłem dość niefortunnie. Wychodząc z "przelania pianki" nastąpiłem "jak cajmer", na metalowy śledź mocujący jedną z dmuchanych bram. Cóż, w pewnym sensie chyba właśnie w tym momencie, załatwiłem sobie zawody od strony mentalnej. Ruszyliśmy szeroką ławą, cztery wielkie i okrągłe białe boje wyznaczające trasę pływacką były bardzo dobrze widoczne. Trochę skupiłem się na rytmie i luzie, a trochę też na łapaniu nawigacji "wg. Trudnego". Cały odcinek pływacki to równomierny etap, no może poza początkową prostą, gdzie jeden zawodnik przeciął mi drogę w poprzek  trzy lub cztery razy. Choć czwarty, to w sumie ja mu ją przeciąłem...

Płynąc w stronę bramy wyjściowej rozważałem dwie sprawy. Czy rozcięta stopa pozwoli mi biec i czy leniwie poruszające się z boku kajaki, nie mają przypadkiem na burtach napisu "koniec wyścigu" ?? Świetna w Przechlewie jest woda, klarowna toń szczególnie w płytszych rejonach i ciągnąca się na dnie bujna roślinność, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przejście do pozycji pionowej, klasyczna już zamotka z rzepem i zamkiem, oraz długi dobieg asfaltową ścieżką pod górę do strefy zmian. Całkiem ciekawe rozwiązanie i do tego na "paluszkach" uszkodzonego lekko podwozia. Wodę popłynąłem swoje, czas w granicach 43 minut to pole do działań przez nadchodzącą jesień i zimę.

Zmianę na rower ogarnąłem dość sprawnie, poza jednym epizodem z krainy "januszy triathlonu". Ponieważ było dość chłodno, zdecydowałem jechać w rękawkach. Rękawkach, które powinienem założyć przed startem wody... Z tego mniej więcej wynika dodatkowy "bonus" czasu, jaki spędziłem szarpiąc się z nimi w strefie zmian.

 

foto. fabrykatriathlonu.pl

90 kilometrów roweru na czterech pętlach to fajne rozwiązanie. Po pierwszym kole znasz trasę wiesz gdzie wstać z siodełka, a gdzie się położyć równolegle do asfaltu. Po imieniu nawet zaczynają Ci krzyczeć mijani wśród dożynkowych postaci lokalesi, spontanicznie kibicujący na trasie. Świetny był też doping woluntariuszy, szczególnie na punkcie nawrotowym.

Na rowerze większość trasy kręciłem na płasko. Pierwszy też raz na zawodach, złapały mnie problemy z przyswajaniem płynu. Gdzieś od 50 - 60 kilometra trasy tylko dopełniałem pełny już zbiornik paliwa, który przestał je absorbować. Nie wróżyło to oczywiście nic dobrego na bieg, szczególnie w perspektywie tego, że czułem też niepokojące symptomy dochodzące ze skaleczonej stopy. Rower pojechany ze średnią identyczną jak w Suszu, musiałem poczuć. Trasa o kilku może nie wielkich podjazdach oraz trochę "walki" pod wiatr lekko ugotowało nogi. 2:54:26 lap...

Wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości bywa brutalne.

Szczególnie następnego dnia.

- Autor nieznany.

Bieg rozpocząłem na luzie hamując się na początkowym zbiegu do granicy 5:30, tempa które to prędzej zaplanowałem na początek tego etapu. Udało mi się to tylko do przełomu 4 / 5 kilometra, by gdzieś w okolicy piątki wtyczka prądu z energetycznego gniazdka wypadła...

To dziwne uczucie. Niby możesz biec nic Cię nie boli, a równocześnie nie masz siły się poruszać. Coś jak auto bez paliwa... Na biegu, w którym założeniem było stopniowe schodzenie do 4:20 / 30, problemem zaczęło być tempo o dwie minuty wolniejsze. W sumie to mógłbym nawet iść, ale podobno jak to prawi "Naczelny Miś" w takich sytuacjach się nie klęka...

Do mety dotarłem w czasie 6:04:18 z przeświadczeniem dumnie cytując klasyka - że to mój ostatni raz. Na chłodno wiem, że takie analizy na gorąco nie są akurat w tym przypadku za bardzo wskazane. Praca nad sobą to złożony proces. System, w którym łatwo zgubić jedno czy kilka ogniw, szczególnie kiedy częściej niż do tej pory opuszczasz własną strefę komfortu. Trzeba wstać, otrzepać się z kurzu i poprawić kapelusz. Trzeba też ruszyć dalej, mając na uwadze zebrane wcześniej doświadczenia.

Ostatni start sezonu zawsze budzi u człowieka wiele ciekawych emocji. Chcesz wypaść dobrze, na miarę swoich możliwości oraz własnych oczekiwań. Porażkę podświadomie odsuwasz na dalszy plan, gdzieś w okolice planu Z lub X. W sporcie ogromną rolę odgrywa głowa, szczególnie kiedy splot zdarzeń rzeczywistości przestaje współgrać z zaplanowanym wcześniej scenariuszem. Cieszę się, że w takich chwilach dookoła mnie są mocne liny, przytrzymujące ciało i jednostkę centralną w pionie. Jestem również dumny, że trzymają je wspaniali przyjaciele, którzy są częścią mojej przygody...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem