Foto. Łukasz Anaczkowski

Jazda szosą mocno zdominowała zakończony już sezon startów na ten rok, a tym bardziej treningowy grafik zadań. Wraz z okresem lekkiego roztrenowania coraz częściej odkurzam napęd trochę cięższego sprzętu i zapuszczam się w bardziej trudne okolice. Kiedy start w zawodach mtb, a w zasadzie odstąpienie miejsca zaproponował mi Łukasz z Grupy Kolarskiej Gryf Tczew, w sumie nie zastanawiałem się zbyt długo. Nowe doświadczenie, miejsce i ludzie, czegóż można chcieć więcej, żeby dobrze spędzić niedzielne popołudnie...

Tnąc powietrze w stronę Pelplińskiej ostoi terenowych zmagań położonej w okolicy leśnictwa Bielawki, uważnie obserwowaliśmy srebrna strzałę, objuczoną aluminiowymi maszynami do przegryzania leśnych szutrów. Dojazd do miejsca docelowego świetnie otagowali organizatorzy, więc z dotarciem nie było żadnego problemu. Sprawnie działające biuro oraz lokalny serwis sprzętu, zapewniły komfort i czas na spokojne przygotowanie się do wyścigu.

Start zawodów to zdecydowany odjazd większej części stawki, tumany wznieconego przez opony pyłu, i wielkiego banana pod nosem. Znając swoje średnio rozwinięte umiejętności jazdy mtb oraz czekający na pokonanie dystans, postanowiłem nie dać ponieść się adrenalinie. Jadę swoje, ten start to zabawa, dobry trening i jeszcze lepsza lekcja.

Dystans zawodów to pięć okrążeń, na pętli długości około siedmiu kilometrów, stanowiące całość około 37 kilometrów terenowej zabawy. Takie rozwiązanie to bardzo ciekawe doświadczenie. Pierwsze dwa koła jedziesz asekuracyjnie z palcami na klamkach, na środkowym łapiesz większy luz, a ostatnie dwa tniesz obrywając gałęzie i liście po wewnętrznych krawędziach zakrętów... Cała magia mtb zaklęta w poczuciu swobody, wolności i przygody.

Trasa Pelplińskiej imprezy to w sumie płaski leśny szutrowo-trawiasty dukt. Krótki odcinek biegiem pod górę, parę pomniejszych hopek i odcinki piasku. Ogólnie ciekawie technicznie, bezpiecznie i szybko. Trasę dobrze zabezpieczyli również wolontariusze, dbając o drożność pokonywanych przez nas etapów. Całości dopełnił profesjonalny pomiar czasu i perfekcyjna tego dnia pogoda.

Spróbowanie czegoś nowego to najczęściej masa pozytywnych doświadczeń, ciekawych wrażeń oraz świetna lekcja pokazująca bezlitośnie nasze miejsce w szeregu. Choć dawno nie stargałem jak przysłowiowy "koń po westernie", zdecydowanie mogę polecić wzięcie udziału w zawodach tego typu. To nie tylko świetny trening. To także doskonała okazja poznania nowej okolicy, ludzi i podładowanie własnego akumulatora garścią dobrej energii...

Serdeczności - Marek Mróz.

PRZYJACIELE

Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na zapisanie ich w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem