Rozpoczęcie sezonu połączone z powrotem do miejsca, które odcisnęło pewnego rodzaju piętno na zabawie w triathlon, stało się jednocześnie okazją do spojrzenia na to miejsce z nowej perspektywy. Poza oczywistym ujęciem okolicy z lotu "sokoła milenium", postanowiliśmy zwiedzić kilka priorytetowych turystycznie miejsc. Kaszubskie Oko, czy też czające się tu i ówdzie Stolemy, dodają miejscu specyficznego klimatu. Gniewino i jego okolice to doskonałe miejsce na reset systemu...

Wyjazd na triathlon, to trochę taka wycieczka w trzech różnych kierunkach. Niby pakujesz się według wcześniej ogarniętej czek-listy, ale wciąż masz wrażenie że czegoś zapomniałeś, i że coś jeszcze może się przydać. Podróż "czarną kuną" w godzinach ogólnie sobotnio uznanych za nieludzkie, miała w sobie drugie dno. Czas na kawę, zwiedzenie okolicy i dobre rozmowy, które zakłóciła jedynie wizyta w lokalnej smażalni "U Pirata". Szczególnie możemy polecić również nocleg, w oddalonym zaledwie o 7 kilometrów od centrum zawodów Gościńcu Kaszubskim. Świetne warunki, spokój i sielanka, którą zakłócały jedynie zbłąkane komary, warto samemu sprawdzić organoleptycznie.

Technicznie woda była elementem, którego nie obawiałem się wcale. Ale była również jedną wielką niewiadomą. Pierwszy aspekt potęgował fakt, iż pływanie to największa objętościowo i najbardziej systematyczna część triathlnowego treningu na jaką znalazłem czas. Z drugiej strony barykady, woda otwarta w dniu startu, była po raz kolejny pierwszą wodą otwartą w sezonie. Zupełnie tak jak rok wcześniej, mimo planów i możliwości, zawsze wyskoczyło jakieś zakłócenie. Zgodnie z duchem rywalizacji ubiegłorocznych założeń "nie dam radę podjechać na dużym blacie jak Dawid", nastawiłem się na robienie swojego...

Wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości bywa brutalne.

Szczególnie następnego dnia.

- Autor nieznany

W wodzie popełniłem dwa błędy. Ustawiając się maksymalnie po lewej stronie flanki startowej, nie wziąłem pod uwagę że dzięki dość sporej tego dnia fali, moja pianka zdryfuje i będę musiał nadłożyć dystans. Po dotarciu na pierwszą boję nawrotową praktycznie przestałem płynąć. Dość spora fala, z którą mimo prób nie udało mi się zsynchronizować podzespołów, zmieniła równoległy do brzegu odcinek w coś w rodzaju "podnieść rękę czy nie ?". Dopiero po drugim nawrocie, już w stronę brzegu udało mi się całkowicie wrócić do kraula. Mimowolne spojrzenie na zegarek po wyjściu z wody, zweryfikowało temat. No stary uruchamiasz plan B...

Trasę rowerową w Gniewinie oprócz malowniczego krajobrazu otaczają legendy, i to nie tylko te o Stolemach. Dreszcz niepokoju przyprawia myśl o czekającym na uda podjeździe, który w sumie fajnie wygląda zza kierownicy... auta. Przejeżdżając obie pętle grzecznie na najlżejszym przełożeniu, byłem świadkiem kilku ciekawych scen. Spektakularna gleba lewostronna jednego z uczestników, który zapomniał że używa nosków na pedałach i pielgrzymka zawodników, prowadzących swoje rumaki grzecznie pod górkę. Ten kawałek trasy z każdego wyciska pot. Większa część pętli to malownicze serpentyny wśród bajecznie zielonej ściany lasy oraz kilka odcinków wśród pól i okolicznych miasteczek. Na uwagę zasługuje świetna praca sędziów na tym odcinku i gra fair zawodników, czyli jazda bez draftu.

Zmiana po rowerze to chyba mój najbardziej płynny z elementów układanki tego dnia. Początek biegania w założonym wcześniej tempie musiałem zweryfikować już po pierwszym nawrocie. Wskazanie obrotów podrdzewiałej pompy, nie wróżyło zejścia w zakres gdzie utrzymam ruch jednostajnie przyspieszony w kierunku mety, który tak lubię. Gdzieś miedzy wierszami mijanych kilometrów, włączyłem luz, zero ciśnienia, tylko i wyłącznie ruch do przodu. Czując zmęczenie mimowolnie kombinujesz jak je oddalić, każdy ma na to swój własny, najlepiej działający sposób. Mi osobiście pomaga skupienie się na energii i pracy, jaką wkładam w sportową część życia, a także na wsparciu jakie płynie od inspirujących mnie ludzi.

Start w Gniewinie utwierdził mnie w podjętej już wcześniej decyzji, wynikającej z faktu że "nie da się być z jedną d.... na dwóch weselach". Trzeba maksymalnie skupić się na priorytetach i konsekwentnie działać. Dziękuję całej mojej ekipie wsparcia, zarówno wirtualnej jak i szczególnie kolegom Andrzejowi i Waldkowi, którzy wspólnie ze mną pokonali ten dystans. To dzięki Wam nie rzuciłem ręcznika, gdzieś tam w połowie wody, a pomysł wspólnej sztafety zapisuję do realizacji...

Z pozdrowieniem - Marek Mróz.

PRZYJACIELE