Triathlon w Bydgoszczy, a w zasadzie udział w nim, to wypadkowa trzech luźno powiązanych ze sobą zdarzeń. Chęć startu w nowym miejscu, możliwość udziału bez pseudolicencji - czyli zdrowia na 24 h za własnym podpisem oraz opinia jakiej zasięgnąłem od jednego z tri kolegów - Dawida Szota. Koleś, który notabene jeszcze nie tak dawno bał się piłki lekarskiej, kilka dni temu ogarnął Ironman Frankfurt. Kłaniam się nisko...

Zawody w Bydgoszczy już na wejściu robią duże wrażenie. Począwszy od biura, poprzez fajnie zorganizowane expo gdzie uratowałem cztery karbonowe obręcze, na strefie zmian w hali Łuczniczce kończąc. Szybko utwierdziłem się również w przekonaniu, że obecny ze mną niezastąpiony support techniczno - taktycznego, będzie jak zawsze bezcenny. Sam miałbym spore problemy, żeby poskładać wszystkie triathlonowe klocki, w sensowną wizualnie konstrukcję.

Woda w Bydgoszczy zasługuje na osobny akapit. Jest rewelacyjna. Część trasy ćwiartki pod prąd Brdy, w jej klarownym i bujnie porośniętym nurzańcem nurcie, płynie się po prostu świetnie. Całości dopełnia bardzo dobre oznakowanie tego etapu, właściwie widoczne z poziomu tnącej fale kuny. Nawrót, na który zapomniałem zostawić poprawkę związaną z dryfem i leniwy powrót z prądem do bazy. Pływanie minęło mi zdecydowanie za szybko. Kapitalny etap, definiujący na nowo pojęcie - tak się to właśnie robi dobrze.

"Pielęgnuj swoje marzenia.

Trzymaj się swoich ideałów.

Maszeruj śmiało według muzyki, którą tylko Ty słyszysz.

Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu, a nie oglądania się do tyłu... "

Paulo Coelho.

W Bydgoszczy startowałem w trzech pierwszych edycjach imprezy. Jadąc na pierwszą nie wiedziałem czego się spodziewać. Zastałem zawody zrobione z wielką pompą, komercyjne, ale jednak mocno urzekające. Mimo wielu sponsorów, splendoru, to ja, zawodnik, byłem tam najważniejszy. Tak wygląda impreza zrobiona przez zawodników dla zawodników. Mimo dość przeciętnych tras nie można doszukać się minusów. Świetna dekoracja, na której każdy może przez chwilę poczuć się niepoKONAny. Klimat, organizacja i pozycja zawodnika czynią z tych zawodów najlepsze i najbardziej profesjonalne w Polsce. Chętnie tam wracam... - Dawid Szot.

Strefa zmian w hali, okraszona klasycznym wbiegnięciem nie w ten rząd stojaków co trzeba, po której przyszedł czas na szosę. Najdłuższy z trzech dyscyplin dystans dla ćwiartki, poprowadzono na dwóch, teoretycznie płaskich pętlach. Częściowo wiodąca ulicami miasta trasa, zmienia się niczym w kalejdoskopie na podmiejskie lekko zalesione tereny. Jej lekkie pofałdowanie zmusza system do czujności, choć w pewnej perspektywie, lewą klamkę można było zostawić w spokoju. Dobre usytuowanie punktów odświeżania, właściwie szanowany zakaz draftingu i odpowiedzialne zabezpieczenie trasy, pozwoliły całkowicie skupić się na utrzymaniu w miarę stałej średniej.

Zejście na bieg w triathlonie, kojarzy mi się trochę z loterią o wdzięcznej nazwie - czy tym razem nie ugotowałem nóg na rowerze ? Pierwszy kilometr, w trakcie którego do nóg próbuje dotrzeć informacja o zgoła innym obciążeniu, potraktowałem bardzo kontrolnie. Dwie pętle biegu poprowadzone w zdecydowanej większości bulwarem na brzegu Brdy, kilka zakrętów, dwa podbiegi i schody. Całość nie pozwalała się nudzić, podobnie jak liczni na trasie, przesympatyczni  i pomysłowi kibice. Założenie trzech godzin startu na luzie, bez ciśnienia na cokolwiek poza tym w oponach, wyszło z błędem dokładnie dwóch sekund na moją niekorzyść. Cóż, ścigać przestałem się już dawno temu, a po przetarciu jednostki w Gniewnie progres o kwadrans jest całkiem miłym doświadczeniem.

Udział w zawodach w nowym miejscu, to masa ciekawych doświadczeń i podświadomych porównań. Enea Bydgoszcz Triathlon w mojej ocenie, to nie tylko bardzo dobrze zorganizowana impreza sportowa, to zawody z duszą. Oddech organizatorów czuć w każdym zaułku, zakręcie czy nawrocie. Widać, że w tym idealnie skomponowanych sportowo miejscu, ewent ogarniają ludzie z pasją, którzy zostawiają w nim sporą cząstkę siebie...

Z Pozdrowieniem - Marek Mróz.

PRZYJACIELE